„To ta więź jest tym, co przede wszystkim leczy.” Dr n. med. Katarzyna Cyranka o psychoterapii [WYWIAD]

cater-yang-245640-unsplash

Czy psychoterapia to archeologia, czyli grzebanie w przeszłości? A może płatna przyjaźń i niekończąca się przygoda? Czym charakteryzuje się więź z terapeutą i jak to się dzieje, że to ona leczy? Dr n. med. Katarzyna Cyranka rozwiewa wątpliwości, obala mity i pomaga zrozumieć, czym są zjawiska przeniesienia i przeciwprzeniesienia.

 

 

Do nowości podchodzimy zazwyczaj ostrożnie, może nawet niechętnie. Często to, co nowe, po jakimś czasie staje się czymś normalnym, powszechnym. Czy mniej więcej tak można streścić dotychczasowy żywot psychoterapii w Polsce?

Myślę, że podejście do nowego ma zawsze dwie strony. Z jednej strony jest niepewność, czasem niechęć, czasem lęk, z drugiej – fascynacja, ekscytacja, chęć dotknięcia czegoś, co nosi w sobie jakąś tajemnicę, coś niepoznanego. Wydaje mi się, że taki etap psychoterapia ma już za sobą, tej niechęci, niepewności, niejasności, o co w ogóle w tym chodzi, ale i jakiejś fascynacji, ekscytacji, które pojawiały się, gdy była mowa o psychoterapii. Natomiast, kiedy mówię, że psychoterapia ma ten etap za sobą, to jednak z pewnym marginesem, z pewną rezerwą, bo dotyczy to raczej dużych ośrodków, skupisk ludzi, którzy są lepiej wyedukowani, gdzie jest lepszy dostęp do psychoterapii. Gdy jednak wybierzemy się gdzieś głębiej, do mniejszych miejscowości,  w stronę północy czy północnego-wschodu, tam o niej wciąż wie się niewystarczająco .

Paradoksalnie, wraz ze wzrostem popularności psychoterapii, mitów wokół niej krążących, nie ubywa. Może czas wziąć kilka z nich pod lupę…

Czy bardzo się pomylę, jak podsumuję psychoterapię jako grzebanie w przeszłości i obwinianie rodziców o…niemalże wszystko?

Rzeczywiście, taki mit funkcjonuje i słusznie nazywa to Pani mitem. Natomiast, patrząc realnie, powiedziałabym, że jest w drugą stronę. Jeśli zgłasza się ktoś, kto obwinia rodziców o wszystko, to rozumiemy to jako objaw. Celem psychoterapii jest doprowadzenie do wglądu, czyli do zrozumienia swoich konfliktów wewnętrznych, przyczyn, dla których te konflikty się pojawiły. Dzieciństwo ma, rzecz jasna, duży wpływ na to, jak się rozwijamy. Te relacje z pierwszymi opiekunami, najczęściej z rodzicami, czasem z innymi  osobami, które tworzyły z nami pierwszą więź, wpływają na to, jak później funkcjonujemy w bliskich, intymnych relacjach, ale i szerzej, w różnych rolach społecznych. Trudno więc pominąć ten aspekt w psychoterapii i zająć się tylko tym, co tu i teraz. Służy to jednak zrozumieniu siebie, uporządkowaniu wiedzy o sobie, poradzeniu sobie z różnymi zalegającymi emocjami, np. także złością wobec rodziców. Na pewno nie jest to jakaś forma osądzania, czy zatrzymywania się na przeszłości, po to, aby rozliczać różne osoby, czy uznać, że to one były winne, nie zaś pacjent. To w ogóle nie te kategorie. Często pacjenci, którzy rozpoczynają terapię, tego się właśnie boją, że naruszą jakąś lojalność rodzinną, bo będą musieli coś złego powiedzieć na temat rodziców. Zdarzają się też tacy, którzy bardzo chcą, żeby okazało się, że wszystko jest winą rodziców. Jedno i drugie podejście jest przejawem, że człowiek sobie nie radzi z relacją z rodzicami, ze swoją przeszłością i że potrzebuje terapii.

Od terapeuty otrzymujemy wsparcie emocjonalne, wsparcie właściwe bliskim relacjom i wsparcie, za które płacimy. Powstaje zatem coś na kształt płatnej przyjaźni…

Na pewno relacja terapeutyczna jest jedną z ważniejszych relacji w życiu, czasem jedną z najważniejszych, choć nie chcemy, by była najważniejsza, bo wtedy zaczyna to samo w sobie stanowić problem. Po pierwsze, odniosłabym się do tego wsparcia emocjonalnego. Jeżeli terapia staje się wsparciem głównie, to ona nie jest lecząca, ona wtedy może stać się namiastką czegoś, czego brakuje w życiu. Pacjent będzie przychodził po to, żeby poczuć się zaopiekowanym, wysłuchanym, zrozumianym i jeśli dostanie to w gabinecie psychoterapeutycznym, to nie będzie chciał tego szukać gdzieś na zewnątrz. Dobrze prowadzona psychoterapia ma służyć leczeniu, ma trwać tylko tyle, ile trzeba, czyli nie za krótko i nie za długo. Terapeuta, wykształcony odpowiednio i mający doświadczenie, potrafi z pacjentem taki moment, kiedy cele terapii zostały zrealizowane, wyczuć. Terapia nie ma być formą zastępczą wobec innych bliskich relacji, wręcz przeciwnie, ma służyć nauczeniu czy polepszeniu funkcjonowania w innych relacjach w życiu. Chcemy w taki sposób  usprawnić osobę będącą w leczeniu, żeby mogła realizować różne swoje potrzeby, budując różne relacje, wchodząc w różne role życiowe, podejmując różne wyzwania.

Takie spojrzenie na psychoterapię sprawia, że rozumiemy, że jest ona metodą leczenia i płacimy za nią dlatego, że ten człowiek, który jest psychoterapeutą, angażuje swój czas, swoje umiejętności i kompetencje, do tego, żeby leczyć. Kiedy idziemy do okulisty czy chirurga, do prywatnego gabinetu,  za ich umiejętności i rzetelną metodę leczenia – płacimy. Podobnie robimy to w gabinecie terapeutycznym. Jest to forma kontraktu, w ramach którego, coś otrzymujemy. To, że przy okazji, jest to spotkanie dwóch osób, w ramach którego tworzy się specyficzna relacja i ta relacja jest częścią leczenia, to wyznacza różne nasze sposoby bycia w świecie. Różnym ludziom za różne rzeczy płacimy, bo wykonują swoją pracę, a jednocześnie możemy te osoby lubić, przeżywać jakąś bliskość, uczyć się tej bliskości. Nie dzieje się to dlatego, że im za to płacimy, tylko dlatego, że spotykamy tego drugiego człowieka i wytwarza się coś w ramach tego spotkania. Można mieć na przykład bardzo miłą panią, która sprzedaje w warzywniaku i płacimy jej za rzodkiewkę, którą kupujemy, ale jednocześnie lubimy ją jako człowieka, wytwarza się niepowtarzalna, specyficzna relacja. I wcale nie dlatego ją lubimy, że rzodkiewka nam smakowała, tylko dlatego, że jest coś oprócz tego.

W psychoterapii psychodynamicznej czynnikiem najbardziej leczącym jest więź z terapeutą. Zaraz, zaraz. Mówimy o więzi z osobą, o której nic nie wiemy. Czy i jak to działa?

Tak,  to ta więź jest tym, co przede wszystkim leczy, ale w tym słowie mieści się bardzo wiele. Gdyby uznać, że tylko to, że jesteśmy w relacji leczy, no to równie dobrze mogłyby leczyć relacje przyjacielskie, bliskie, koleżeńskie. A jednak, tak się nie dzieje. Jest coś specyficznego w tym rodzaju relacji, między innymi owa neutralność terapeuty, która uruchamia bardzo skomplikowane i bardzo ważne procesy w kontakcie z pacjentem. Jednym z takich zjawisk jest zjawisko przeniesienia.

Wchodząc do gabinetu terapeuty, już w pierwszych sekundach, zaczynamy terapeutę jakoś odbierać, przywołujemy emocje, skojarzenia, wspomnienia z przeszłością związane. Wyobrażamy sobie, jaki ten terapeuta jest. W tym momencie zaczyna uruchamiać się przeniesienie, czyli przenosimy emocje związane z wcześniejszymi doświadczeniami na terapeutę, którego widzimy po raz pierwszy. Im mniej o nim wiemy, tym bardziej próbujemy jakoś go sobie oswoić, wyobrazić, kim on jest, czyli tym silniej uruchamia się przeniesienie. Spodziewamy się, w sposób nieświadomy, że terapeuta zareaguje tak, jak gdzieś kiedyś reagowały na nas różne ważne osoby. Jeśli doświadczaliśmy poczucia, że jesteśmy odrzucani, że musimy zasługiwać na uwagę, to podobnie możemy reagować na terapeutę. Jeżeli doświadczaliśmy jakiejś formy poniżania, ośmieszania, to możemy spodziewać się, że i terapeuta będzie na nas tak reagować. Jeżeli mieliśmy opiekunów nadopiekuńczych, czy w różnych sytuacjach wzbudzaliśmy w innych taką potrzebę bycia zaopiekowanym, to też będziemy terapeutę próbować uwieść ku temu, by nas zaopiekował.

Cała sztuka polega na tym, żeby zobaczyć, co się w tym przeniesieniu wytwarza i w ten sposób rozpocząć pokazywanie pacjentowi, co on robi w różnych relacjach w swoim życiu, co te zachowania  wywołują w innych, jakie są tego konsekwencje. Tutaj wchodzą interwencje terapeutyczne. Terapeuta musi wyłapać, co wynika z przeniesienia, jak ten pacjent się zachowuje, z jakim światem przeżyć wkracza i na bazie tej, bardzo silnej i specyficznej energii, zacząć wykorzystywać klaryfikacje, interpretacje, konfrontacje, które uświadomią pacjentowi, co on robi, co się z nim dzieje, ale jednocześnie tego pacjenta nie spłoszą, nie skrzywdzą, nie zranią, nie będą poniżające. Dobór słów oraz to, jak i w którym momencie się mówi, są bardzo ważne. I to jest bardzo zaawansowana wiedza, której się przyszły psychoterapeuta uczy przez wiele lat: w procesie superwizji, w terapii własnej, będąc na różnych stażach, praktykach, na szkoleniach, gdzie jest bardzo dużo możliwości ćwiczenia, odgrywania różnych scenek, w ramach których zdobywa się tę umiejętność. To dopiero tworzy tę specyficzną więź, w której terapeuta, nie tylko wysłuchuje, ale rozumie, wyprzedza wgląd pacjenta, spodziewa się, jak pacjent może zareagować, odpowiada na to, co dzieje się w procesie. Wyłapuje momenty, w których pojawia się opór, w których pacjent zaczyna się wycofywać, przez co jest w stanie też utrzymać tę relację terapeutyczną w taki sposób, by była lecząca. Terapeuta pamięta też, że zawsze głównym celem relacji jest nie to, żeby nas pacjent lubił, bo jeśli z takim nastawieniem do tego wyjdziemy, to będziemy zaspakajać własne neurotyczne potrzeby (Nikt mnie nie kocha, może mnie pacjent pokocha?). W dobrze prowadzonej terapii ujawniają się różne emocje wobec terapeuty. Siła tej relacji sprawia, że będzie i dewaluacja terapeuty, i idealizacja terapeuty. To też terapeuta musi wiedzieć, mając z tyłu głowy to, z czego to wynika. Musi  tak poprowadzić pacjenta, żeby on zdrowiał. To jest cel. Po to się z tym człowiekiem spotykamy.

Jest jeszcze jednak zjawisko przeciwprzeniesienia. Czy to źle, że się pojawia?

Trudno oceniać to w kategoriach „źle” czy „dobrze”, choć oczywiście byłoby idealnie, gdyby z przeciwprzeniesienia terapeuta nigdy nie zareagował. Rzecz w tym, że terapeuta ma też swoją nieświadomość. Przeciwprzeniesienie to  zareagowanie przez terapeutę na przeniesienie pacjenta w taki sposób, który wynika z niewyłapania tego, co w przeniesieniu wnosi pacjent. Mówiąc prościej: pacjent na przykład wchodzi z takim oczekiwaniem, że terapeuta będzie się nim opiekował. Zacznie się dopytywać terapeuty, co on powinien zrobić, w jaki sposób powinien zareagować, opowiada jakąś swoją sytuację życiową i bardzo na terapeucie próbuje wymusić, żeby dostał to, czego oczekuje. Jeżeli terapeuta zareaguje prawidłowo, czyli wyłapie, co w przeniesieniu się uruchamia, to nazwie to pacjentowi (Wydaje się, że pani bardzo oczekuje, że ja przejmę kontrolę nad pani życiem i jako terapeuta powiem, co pani ma robić. Być może ma to wyglądać tak jak w dzieciństwie, gdzie właściwie o wszystkim decydowała babcia.). To jest reakcja wglądowa. Natomiast, jeżeli terapeuta wybije się z rytmu wglądowego i gdzieś się zagubi w tej energii przeniesieniowej, to powie: Ale mi przykro, że taka sytuacja panią spotkała. Uważam, że  powinna pani, jak najszybciej, zrobić to i to, ale jeżeli coś nie do końca wyjdzie, proszę jeszcze jutro do mnie zadzwonić, po południu jestem dostępny. I to już jest reakcja z przeciwprzeniesienia. Odpowiedź na neurotyczną potrzebę pacjenta, a nie doprowadzenie tego pacjenta do wglądu, za którym to może podążyć zmiana.

Im bardziej terapeuta jest świadomy siebie, im bardziej jest doświadczony, im bardziej rzetelnie podszedł do terapii własnej, tym częściej uda mu się uniknąć reakcji z przeciwprzeniesienia. W praktyce terapeutycznej jednak każdemu terapeucie się reakcja z przeciwprzeniesienia, wcześniej czy później, zdarza. Im rzadziej, tym lepiej. Byłoby idealnie, gdyby nie zdarzała się wcale, natomiast nie jesteśmy w stanie, jako terapeuci, sami tak się przeterapeutyzować, żeby nie mieć w ogóle nieświadomości. Zresztą to dobrze, że taki stan braku nieświadomości jest niemożliwy do osiągnięcia, bo  nieświadomość jest bardzo potrzebna, ważna i pełni swoją rolę. Trudno się więc dziwić, że czasami też przejmuje kontrolę, chwilowo, nad tym, co się dzieje w procesie terapeutycznym. Grunt, żeby na to odpowiednio zareagować. Terapeuta, który jest już samodzielnym, certyfikowanym terapeutą, powinien umieć wyłapać to, że zareagował z przeciwprzeniesienia i wyjść z tej sytuacji. Terapeuta, który jest w procesie szkolenia, a już prowadzi terapię, ma swojego superwizora, z którym omawia, co się dzieje. Rolą superwizora, będącego takim swoistym, czuwającym nad wszystkim trzecim okiem, jest wgląd w przeciwprzeniesioniowe uwikłanie w relacji terapeuta-pacjent i pomoc w korzystnym rozwikłaniu takiego zapętlenia.  Nawet ci bardzo doświadczeni terapeuci, którzy już nie muszą mieć superwizora, a są świadomi tych procesów, często chcą mieć superwizora, by takie sytuacje móc omawiać. Siła nieświadomości na tym między innymi polega, że nie widzi się tego, co dla osoby stojącej z boku jest zauważalne. Zewnętrzny obserwator jest bardzo pomocny, stąd tak ważna rola superwizji. Im lepsza relacja superwizyjna na samym początku, tym lepiej przyszły terapeuta uczy się rozpoznawać, kiedy reaguje z przeciwprzeniesienia.

Często się też zdarza, że próbuje się majstrować i „bawić” w bycie terapeutą. Niestety ustawa o ochronie zdrowia psychicznego i zapisy o zawodzie psychoterapeuty nie do końca wszystko regulują i pozwalają otwierać różnego rodzaju gabinety psychoterapeutyczne osobom, które na przykład skończyły tylko studia psychologiczne, lub nawet zupełnie nie mają formalnego przygotowania medycznego czy psychologicznego. Ci ludzie zaczynają zawodowo pełnić rolę terapeutów, nie będąc nimi, jeśli chodzi o wykształcenie. Pacjenci często nie są w stanie tego rozróżnić, nie wiedzą, że należy sprawdzić na przykład na stronie Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego czy Psychologicznego, czy dany terapeuta jest po szkoleniu czy nie. W tak prowadzonej terapii, choć tu użycie tego słowa jest nadużyciem, często brak wglądu w to, co się dzieje. Te wszystkie siły, o których mówiliśmy, się uruchamiają i przeniesienie, i przeciwprzeniesienie, i jeszcze jakieś własne wątki owego „terapeuty”, który ich nie przepracował, bo skoro nie był na szkoleniu, to zapewne nie miał terapii własnej, szkoleniowej też, której celem jest przygotowanie do pracy terapeuty. To jest niebezpieczne nie tylko dla pacjenta, ale i dla owego terapeuty, bo może sam się uszkodzić, wchodząc w świat przeżyć drugiego człowieka, a nie wiedząc, co z tym światem robić.

Pacjent jest w zdrowej zależności od terapeuty. Czy pod tym psychoterapeutycznym hasłem nie kryje się przypadkiem niezdrowe uzależnienie?

Zdecydowanie trzeba porozszerzać znaczenie tych wszystkich pojęć. Po pierwsze, każda forma bliskiej relacji jest jakąś formą zależności, częściowo zaczynamy zależeć od obecności tego człowieka, od jego reakcji. Tylko to nie jest taka zależność, której doświadczamy w dzieciństwie, gdzie faktycznie nasze życie zależy od opiekunów. Niemowlę nie przeżyje, jeśli nie będzie właściwie zaopiekowane. Jeśli brak właściwiej opieki, to dziecko przeżywa lęk egzystencjalny, skrajny. W życiu dorosłym ta zależność wygląda inaczej. Potrzebujemy bliskich relacji, innych ludzi, ale przeżyjemy, jeśli dana relacja z jakiegoś powodu się skończy. Chyba, że mamy trudność z radzeniem sobie w relacjach, to wtedy możemy przeżywać utratę bliskich relacji w życiu dorosłym tak, jakbyśmy przeżywali utratę opiekuna, od którego zależy wszystko. Możemy być w stanie ciężkiej traumy czy stresu, po utracie jakiejś bliskiej osoby w życiu dorosłym, z odtworzeniem takich pierwotnych emocji, gdzie jest poczucie, że świat się zakończy, że zagraża to naszemu istnieniu, jeżeli ta bliska osoba, z jakiegoś powodu odejdzie. W relacji terapeutycznej, jako że jest ona specyficzna i bardzo silnie odtwarza emocje z dzieciństwa, występuje zależność, która czasem w przeżyciu pacjenta odtwarza takie właśnie doświadczenie z dzieciństwa, że nagle staje się on od tego terapeuty zupełnie zależnym. Terapeuta wiedząc, że tak pacjent może to przeżywać, pracuje nad tym. Rozumienie, co się dzieje w relacji między terapeutą a pacjentem, sprawia, że nie ma zagrożenia, że ten pacjent uzależni się w sensie niebezpiecznym czy zagrażającym, że się zregresuje i zacznie rzeczywiście tego terapeutę przeżywać na stałe jako kogoś, bez kogo nie jest w stanie żyć. Mogą mu się takie emocje włączać, ale wtedy terapeuta to pokazuje: Wydaje się, że to doświadczenie z dzieciństwa, gdzie utracił pan w wypadku jakąś ważną osobę, tu zaczyna nam się uruchamiać. Kiedy mamy przerwy między sesjami, to pan tak reaguje, jakbym miał już w ogóle nie wrócić. Tego lęku, którego pan wtedy doświadczył, jest bardzo dużo. Tak rozumiana zależność, w której pacjent potrzebuje tego terapeuty do leczenia, otwiera się, staje się ten terapeuta ważną osobą, ale jednocześnie pacjent  jest świadomy coraz bardziej tego, czym ta relacja jest, nie zagraża uzależnieniem. Zresztą, celem terapii, oprócz wyleczenia pacjenta, jest uczynienie go zdolnym do budowania bliskich relacji, ale nie relacji opartych o symbiozę czy zależność przesadną, niebezpieczną. Tego się też pacjent ma nauczyć w relacji z terapeutą, że można się zbliżyć, otworzyć, że można w jakimś obszarze potrzebować drugiego człowieka, ale nie w taki sposób, żeby się z tym człowiekiem zlać i nie móc funkcjonować bez niego. Kończąc proces terapeutyczny, robimy to w takim momencie, w którym pacjent czuje się na tyle silny, mogący polegać na sobie, a jednocześnie zdolny do czerpania z różnych relacji, że nie traci terapeuty na zasadzie traumy. Pacjent potrafi się dobrze rozstać, pożegnać, przeżyć jakąś formę straty, ale w sposób konstruktywny, czyli taki, gdzie też jest wdzięczność za to, co się wspólnie wypracowało, możliwość czerpania z tego, co się wypracowało, w przyszłości. Powiedziałabym, że właśnie relacja terapeutyczna pozwala doświadczyć i nauczyć się, zrozumieć i przeżyć samemu dobrze rozumianą zależność od  drugiej osoby. Taką zależność, która jest podstawą do tworzenia bezpiecznych, satysfakcjonujących więzi.

Byłem u psychoterapeuty raz i pomogło. Nie powiedział nikt nigdy. Dlaczego jedno spotkanie nie wystarczy? 

Na pewno psychoterapia nigdy nie może być zawarta w jednym spotkaniu, w dwóch czy nawet w pięciu. Zdarza się jednak, że pacjenci doświadczają ulgi objawowej po pojedynczym spotkaniu, bo uruchamiają się czynniki specyficzne: nadzieja związana z możliwością wyleczenia, poczucie wreszcie bycia zauważonym, doświadczenie tego, że ktoś nas wysłuchał, możliwość oczyszczenia się z różnych, trudnych emocji, które zalegały przez wiele lat. Zdarza się, że pacjenci mówią: Byłem na jednym spotkaniu i doznałem ulgi., ale to nie dlatego, że nastąpiło wyleczenie, tylko dlatego, że odblokowały się różne mechanizmy. Jeśli zaś mamy odpowiedzieć sobie na pytanie, czemu nie jedno spotkanie, czemu dłużej, to potrzeba nieco głębszej refleksji. Pomyślmy o tym, jak tworzą się objawy związane z zaburzeniami nerwicowymi, zachowania czy osobowości. Są to całe lata. Krócej, jeśli chodzi o zaburzenia nerwicowe, zaś w przypadku zaburzeń osobowości – od dzieciństwa kształcą się dysfunkcjonalne wzorce zachowania. W oparciu o nie tworzą się schematy poznawcze, tak zaczynamy przeżywać, tak widzimy świat. Żeby to zmienić, trzeba po pierwsze doświadczyć tego, że może być inaczej i że to, co się dzieje w naszym życiu, nie do końca działa. Zobaczenie i przyjrzenie się temu, co jest do zmiany, jakie to jest, jakie wywołuje konsekwencje, z czym to jest związane, to proces, który trochę jednak trwa. Potem następuje etap przepracowania, kiedy pacjent próbuje wprowadzić pewne zmiany, patrzy, jakie to wywołuje reakcje w otoczeniu, jak on sam się z tym czuje, co mu daje takie przeżywanie w stosunku do tego, jak przeżywał wcześniej. Potem jest jeszcze faza utrwalenia tych zmian. Jeśli więc zaburzenie tworzy się lat 30, 40 czy nawet 50, to trudno, by osobowość mogła się przebudować po jednym spotkaniu – to wymaga czasu. To, że udaje się to zrobić w rok czy dwa, jest niezwykłe, biorąc pod uwagę ilość czasu kształtowania się tego wszystkiego.

Czy to prawda, że psychoterapia zmienia mózg?

Krótko odpowiadając: tak. Teraz pytanie, co to znaczy. Termin zaburzenie podpowiada nam, że coś jest zaburzone, tylko pytanie co? Zaburzone jest przeżywanie, zaburzone jest funkcjonowanie, zaburzony jest obraz siebie, często poczucie własnej wartości, ale też zaburzona jest często regulacja związana z neuroprzekaźnikami, czyli kwestie serotoniny, dopaminy, tych neuroprzekaźników, które regulują nie tylko nastrój, afekt, ale też pośrednio odpowiadają za zdolności poznawcze, za możliwość utrzymywania stabilnych stanów emocjonalnych. Prowadzone są różne badania w tym zakresie: badania związane z poziomem kortyzolu, adrenaliny, z tym, jak funkcjonuje tarczyca, cały układ hormonalny. Wiemy, że są to układy powiązane ze sobą, nie w taki jasny, namacalny, oczywisty sposób, ale jednak. W miarę, jak stabilizuje się sposób przeżywania, regulacja emocji, tak też stabilizują się owe neuroprzekaźniki, które decydują o pracy naszego mózgu. Pozostaje pytanie, co jest pierwsze: jajko czy kura? Czy najpierw stabilizuje nam się neuroprzewodnictwo i w ślad za tym następuje zmiana zachowania, czy ta zmiana zachowania wpływa na to, jak pracuje chociażby przysadka czy cały układ regulujący. To jest wciąż pytanie dla badaczy, ale zdaje się, że są to po prostu procesy sprzężone ze sobą: odpowiedź idzie na różnych poziomach i na biologicznym, i na poziomie zachowania.

Przy okazji często w terapii aktywowane są obszary mózgu, które były wcześniej „nieużywane”. Wiemy o tym, że używamy tylko jakiś procent mózgu. Jest to raczej wiedza dość powszechna, że nie wykorzystujemy go w 100%. Co więcej, kiedy pacjent jest w terapii, zaczyna się też rozwijać.  Takim ciekawym „efektem ubocznym terapii” jest rozwój i to na różnych polach. Rozwój związany z duchowością, szeroko rozumianą, nie chodzi o rozwój w ramach konkretnej wiary, ale pacjent zaczyna sobie uświadamiać, że jest też istotą duchową, społeczną. Odkrywa potencjał, związany często z jakimś talentem. Ma to swoje odzwierciedlenie także w tym, jakie obszary w mózgu zaczynają być aktywowane – te, które być może wcześniej nie do końca były. Zmiana w mózgu, dodatkowo, dotyczy też kwestii empatii. Wyczuwamy różne stany emocjonalne u drugiej osoby, podczas kontaktu z nią. Jesteśmy w stanie odczytywać emocje przeżywane przez drugiego człowieka. U pacjentów z zaburzeniami psychicznymi, zwłaszcza nerwicowymi i osobowości, zdarza się  tendencja do egocentryzmu, czasem związanego ze skupieniem się na swoim cierpieniu, na swoim świecie przeżyć, co utrudnia odczytywanie tego, co dzieje  się u innych osób. W relacji terapeutycznej pacjent zaczyna głębiej doświadczać tego, że druga osoba może współodczuwać,  nabiera zdolności do lepszego rozeznawania tego, bo terapeuta to pokazuje, odzwierciedla, trochę jak taka, no właśnie, dobra matka, która uczy dziecko, jak rozumieć i czytać emocje. Pacjent, u którego takiego doświadczenia uczącej matki brakowało, doświadcza tego w relacji z terapeutą, ale też sam zaczyna odkrywać i na przykład obserwować terapeutę. Skoro terapeuta mnie obserwuje, to ja jego też będę. Terapeuta też coś czuje i też jest człowiekiem, co pacjenci odkrywają czasem bardzo szybko, a czasem dopiero po kilku latach terapii.

Kiedy już decydujemy się skorzystać z pomocy terapeuty, to chcielibyśmy wybrać tego dobrego. Rodzi się pytanie: dobry terapeuta, czyli jaki?

Odpowiedziałabym na dwóch poziomach na to pytanie. Po pierwsze: po co się mamy zgłosić do tego terapeuty?  Zanim się zastanowimy, do kogo się zgłosić, warto na takie pytanie sobie odpowiedzieć. Do terapeuty zgłaszamy się zawsze wtedy, kiedy występują jakieś zaburzenia psychiczne. Pacjent często nie wie jakie, bo nie potrafi sobie tego zdiagnozować, rozeznać, ale zauważa u siebie rożne nietypowe symptomy-  lękowe, różne objawy somatyczne, które po diagnostyce nie wskazują na podłoże fizjologiczne, trudności w bliskich relacjach, poczucie przewlekłego smutku, niemożność realizowania ważnych celów i planów życiowych, powtarzanie nieudanych relacji, wzorców, w ramach których czujemy, że coś idzie nie tak,  myśli samobójcze, trudności ze snem, trudności z jedzeniem, trudności w obszarze seksualnym, związane z bólem czy niemożnością zaspakajania potrzeb seksualnych, ale też różnego rodzaju objawy wytwórcze. Nie z wszystkim pójdziemy do terapeuty. Są takie zaburzenia, problemy, które wymagają leczenia farmakologicznego przede wszystkim i tutaj wkracza lekarz-psychiatra. W przypadku takich rozpoznań jak choroba afektywna jednobiegunowa, dwubiegunowa, schizofrenia, psychozy rożnego pochodzenia, można ewentualnie rozpocząć terapię wspierającą. Sama psychoterapia będzie stosowana w przypadku zaburzeń nerwicowych, zachowania, odżywiania, snu  czy szeroko rozumianych zaburzeń osobowości.

Pacjent często nie wie, do kogo ma pójść, zastanawia się, czy najpierw ma pójść do psychiatry, psychologa czy psychoterapeuty. Powiedziałabym, że to nie ma większego znaczenia, pod warunkiem, że trafi się do rzetelnej osoby, która wykona diagnostykę. Od tego się zawsze zaczyna. Trzeba zdiagnozować, z czym tak naprawdę się pacjent zgłasza. Jedna rzecz, to subiektywne poczucie pacjenta, że coś się z nim dzieje i potrzebuje pomocy, druga zaś to kwestia kwalifikacji i diagnozy, przyjęcia lub nieprzyjęcia do psychoterapii czy też odesłanie tego pacjenta w inne miejsce, w zależności od potrzeby. Jeśli będzie pacjent w czynnym uzależnieniu od alkoholu, to nie przyjmiemy go na psychoterapię psychodynamiczną, tylko do ośrodka leczenia uzależnień, na leczenie odwykowe i do tego dodatkowo na terapię, która też często w takich ośrodkach jest. Po stronie lekarza lub psychoterapeuty leży to, żeby rozeznać, co się dzieje i zadecydować, czy to psychoterapia, czy inna forma leczenia będą pomocne. Żeby umieć wstępną ocenę stanu pacjenta zrobić, żeby wiedzieć, gdzie go pokierować, trzeba skończyć szkolenie i to najlepiej szkolenie w ośrodku akredytowanym, odbyć superwizję, czyli spełnić wszystkie te wymogi, które są potrzebne do bycia psychoterapeutą. Można sprawdzić, czy psychoterapeuta jest przygotowany do wykonywania zawodu i czy ukończył szkolenie w jednym z akredytowanych ośrodków, a zatem na przykład czy widnieje na wspomnianych już listach Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego czy Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Przeważnie osoby, które profesjonalnie w zawodzie funkcjonują, dbają o to, żeby te informacje były dostępne. Można się oczywiście zapytać psychoterapeuty, jakie kończył szkolenie, czy jest/był w superwizji, czy ma certyfikat, czy jest w trakcie jego zdobywania.

Druga rzecz to już jest kwestia indywidualnego doświadczenia i tego, co czasem kliknie lub nie kliknie w relacji z terapeutą. Zdarza się, że z jakiegoś powodu, dwie osoby nie są w stanie ze sobą współpracować. Bywa bardzo rzadko, ale jednak, że coś nie zagrało. W tym czymś, co nie zagrało, przeważnie są jakieś nieświadome mechanizmy, które nie zostały wyłapane, coś się wymknęło, coś nie do końca zostało nazwane, uruchomiło się bardzo silne przeniesienie czy przeciwprzeniesienie. Czasem też jakieś inne okoliczności zewnętrzne sprawiają, że dany terapeuta, który jest dobrze przygotowany do wykonywania zawodu, nie może z pacjentem pracować. Przykładowo znajomość jakiejś osoby, która jest bliska zarówno pacjentowi, jak i terapeucie, byłaby przeszkodą. Czasami zdarza się tak, że ze względów politycznych, religijnych, strony nie decydują się na współpracę. Jeśli się czuje wyraźny opór czy wyraźne przeciwwskazanie, to na etapie kontraktu, badania motywacji pacjenta, badania swoich możliwości przyjęcia pacjenta, można na przykład zdecydować o przekierowaniu do innego terapeuty. Stąd terapię zaczynamy od spotkań kontraktowych, które zazwyczaj powinny być na pewno w liczbie większej niż jedna sesja, żeby się zdołać w miarę możliwości poznać, zebrać dobrze historię życiową pacjenta, zobaczyć, co nam się tworzy w tej relacji terapeutycznej. Dopiero potem decydujemy się na współpracę i określamy warunki tej współpracy, zawieramy tzw. kontrakt terapeutyczny. Kiedy już zdecydujemy się na pracę z pacjentem, to podejmujemy się tego zadania. Ale trzeba to najpierw dobrze rozważyć, żeby uczciwie się na to zdecydować.

 

Spotkanie dwóch osobowości przypomina kontakt dwóch substancji chemicznych: jeżeli nastąpi jakakolwiek reakcja, obie ulegają zmianie.

Carl Gustav Jung

 

dr n. med. Katarzyna Cyranka – ukończyła studia magisterskie z psychologii, filologii angielskiej i nauk o rodzinie. Była dwukrotną stypendystką Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego za wybitne osiągnięcia naukowe. Ukończyła studia doktoranckie na Wydziale Lekarskim Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, całościowe zintegrowane czteroletnie szkolenie w zakresie psychoterapii oraz czteroletni kurs psychoanalizy jungowskiej. Aktualnie finalizuje specjalizację z psychologii klinicznej. W latach 2010-2017 pracowała w Katedrze Psychoterapii UJ CM oraz w Zakładzie Psychoterapii Szpitala Uniwersyteckiego. Aktualnie jest pracownikiem Kliniki Psychiatrii Dorosłych w Katedrze Psychiatrii UJ CM, wykłada w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa  Tischnera. Prowadzi zajęcia z dialogu psychoterapeutycznego na studiach podyplomowych w Medycznym Centrum Kształcenia Podyplomowego UJ. Jest redaktorem działu tłumaczeń w czasopiśmie „Psychiatria Polska” oraz sekretarzem redakcji „Archives of Psychiatry and Psychotherapy”. Prowadzi także prywatną praktykę psychoterapeutyczną. Jest autorką kilkudziesięciu publikacji w czasopismach polskich i zagranicznych, w tym z Impact Factor. Czynnie uczestniczyła w ok. 50 konferencjach krajowych i międzynarodowych. Obszar zainteresowań klinicznych to m. in. zmiany w funkcjonowaniu osobowości w wyniku psychoterapii, powiązania miedzy objawami psychicznymi i somatycznymi, znaczenie więzi w relacji terapeutycznej.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s