Soulmate, czyli kto?

Disney zasiał ziarno. Resztę dorzuciły książki i komedie romantyczne. W głowie powstała definicja „bratniej duszy”, z dnia na dzień zapełniała się lista oczekiwań, a w sercu wzrastały pragnienia i tęsknoty. Jak to wszystko wypadło w konfrontacji z rzeczywistością?

freestocks-org-108731-unsplash

 

Oczekiwania

Pierwszy strzał. To będzie on! Na bank to będzie facet. The one and only. Dostanę bratnią duszę i idealnie pasującego partnera życiowego w pakiecie. Hell yeah! Wkroczy do mojego życia, przewróci je do góry nogami, ale po to, żeby wszystko znalazło się wreszcie na swoim miejscu. Połączenie, jak żadne inne. Na każdym poziomie. Jedno serce, jeden umysł, jedna dusza, choć dwa ciała. Akceptacja level master. Wreszcie będzie można odetchnąć z ulgą, że jest się good enough. Szaleńcza i wykańczająca walka, by wreszcie dogonić najlepszą wersję siebie, będzie zakończona. Uff! Teraz tylko wielogodzinne rozmowy, kolacje na balkonie, patrzenie w gwiazdy, nowozelandzkie wina, kiedyś gromadka dzieci i dom na przedmieściach. No bajka!

Drugi strzał. To jednak było naiwne – wierzyć w combo „the one” i „soulmate”. To zdecydowanie będzie ona! Tym razem mam rację! Sister from another mister. Best friends forever. Bo przecież every blonde needs a brownie. Wsparcie, wzajemne motywowanie się i inspirowanie. Miłość bezgraniczna i bezwarunkowa. Zaufanie, szczerość, śmiech, płacz i walka na poduszki. Prosecco będzie lało się litrami, gluten nie będzie szkodził, lody będą mieć ujemne kalorie i będziemy śpiewać „All by myself” na dwa głosy. Co oprócz tego? Dopełnianie się. Odmienny gust do facetów, żeby uniknąć konfliktu interesów, ale taki sam gust, jeśli chodzi o całą resztę.

Teraz czas, żeby odnieść te dziecięce i młodzieńcze oczekiwania, które, rzecz jasna, ulegały drobnym modyfikacjom, do tego, co zaserwowało mi życie.

Rzeczywistość

Pierwsze spotkanie. Obstawiałam fajerwerki, coś a’la zderzenie dwóch komet, może jakieś drobne trzęsienie ziemi. Przecież to tak podniosłe wydarzenie! Co dostałam? Spokój! Patrzysz na tę osobę, ona patrzy na Ciebie i to wystarczy. Już wszystko wiecie. Wszelkie słowa są zbędne. Statek dobił do przystani, do tej jedynej, w której będzie się czuł bezpiecznie i u siebie. Ej, trochę to dziwne, ale mam wrażenie, że w tej przystani już byłam. Wait, what? Niby jak? (Jakąś „przewróconą” teorię na to mam, ale to następnym razem.)

Jaki początek taka całość? No nie do końca. Bratnia dusza, choć przychodzi w pokoju, to ma całkiem trudne zadanie do wykonania: ma zrewolucjonizować Twój świat, zaznaczyć wyraźnie erę sprzed swojego pojawienia się i nową erę w Twoim życiu. Brzmi jak wolontariat, ale druga dusza odwzajemnia się tym samym.

Do dziś nie mogę tego ogarnąć. W jednej osobie znajdujesz najlepszego przyjaciela, najwierniejszego fana, inspirację i motywację. Ten ktoś zna Cię lepiej niż wszyscy inni razem wzięci i podniesieni do piątej potęgi, może nawet lepiej niż znasz samego siebie i…wciąż chce być częścią Twojego życia i wzrastać wspólnie. No właśnie. Dopiero teraz zaczyna się zabawa! Akceptacja? Owszem! Ale dostrzeganie wzajemnie potencjału, który gdzieś tam drzemie i popychanie do rozwoju, to nieodłączne elementy tej więzi.

Pomimo zsynchronizowanych myśli i słów, całkiem podobnej wibracji duchowej,  wzajemnego dopełniania się, czytania z drugiej osoby jak z otwartej księgi, umiejętności robienia…niczego (ale za to wspólnie), nie jest to znajomość wolna od konfliktów. Może nawet ich liczba jest odzwierciedleniem tego, jak głębokie, prawdziwe i szczere jest to uczucie? Co najważniejsze, właśnie takie, trudne sytuacje, wpływają na obie strony najbardziej rozwojowo.

Coś, co warte jest wszystkich konfliktów, burz, łez i trzaśnięć drzwiami (nawet obrotowymi), to to uczucie, kiedy sama obecność Twojej bratniej duszy Cię otula, a jej dotyk, w zależności od potrzeby, elektryzuje lub uspokaja. Wszystkie fasady, które tak dzielnie dotychczas budowałaś, żeby też czasem nikt niepożądany się do Ciebie nie dostał, rozbraja jedno spojrzenie. Czujesz, że masz swojego prywatnego Anioła Stróża przy sobie, ale tym razem nie w wersji demo (troska i opieka), tylko premium (troska, współodczuwanie bólu, opieka i solidne potrząśnięcie, gdy sytuacja tego wymaga).

Jak to jest czuć, że jesteś good enough, że jesteś całością, choć przewróconą, to jednak kompletną, że ktoś zna Twoje słabości i tej wiedzy nie wykorzystuje na Twoją niekorzyść, że od teraz Wy dwoje przeciwko całemu światu, a raczej w jego służbie? To ulga. I wierzcie mi, ta 51 procentowa dla studentów, nawet się do niej nie umywa.

Wprawdzie trud i wysiłek, jakie trzeba podjąć, by dotrzeć do własnej istoty, by poznać siebie, zaakceptować się (tak, tak, wiem, to niekończąca się opowieść, same here!) i tym samym…zrobić miejsce dla pojawienia się bratniej duszy, jest ogromny. Wprawdzie, jak już się pojawi, to rozpocznie się era nie easy peasy lemon squeezy, a raczej difficult difficult lemon difficult (skoro i tak się nie rymuje, to może można zamienić lemon na prosecco?). To wszystko gdzieś znika i blednie w konfrontacji z tym, co do zaoferowania ma ta magiczna, jedyna w swoim rodzaju więź.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s