Z pamiętnika ex-ortorektyka

Jedno z chińskich przysłów głosi, że „nieważne, kto był ojcem choroby, zła dieta na pewno była jej matką”. Pamiętam, jak dwa lata temu przyjęłam to hasło za motto życiowe i jak odetchnęłam z ulgą, że w końcu wiem, jak żyć. Zdrowo, z kontrolą i długowiecznie! Czy aby na pewno?

aaron-burden-123584-unsplash

Ortoreksja, czyli życie „w szponach zdrowej żywności”

Myślę, że jakiegokolwiek dnia bym tu z tego okresu nie przywołała, to każdy z nich odda sens całości. Dlaczego? Bo każdy z nich był taki sam. Pobudka wczesnym rankiem i szklanka przegotowanej wody z cytryną (starannie wybraną i opłukaną wrzątkiem kilka razy). Zaraz po niej coś, co dziś już nie przeszłoby mi przez gardło: siemię lniane, które przez noc zamieniło się pod wpływem wody w kisiel. Ble, ble, bleee! Kilka minut później w przygotowaniu była już jajecznica z super ekologicznych, organicznych i bio jajek. Zawsze dziękowałam Wszechświatowi, że pozwolił mi urodzić się na wsi i mieć dostęp do takiej żywności, którą dzielnie transportowałam co tydzień do Krakowa. W międzyczasie powstawały posiłki na cały dzień spędzony na uczelni. Dozwolone były wszelkie produkty nieskażone antybiotykami, rtęcią, pestycydami, olejem palmowym, cukrem, mąką pszenną itd. Brzmi, jakbym jadła jedynie sałatę lodową, ale nie, bo wiedziałam, że nie ma praktycznie żadnych wartości odżywczych. Jarmuż, szpinak, seler naciowy, do tego jabłka i kasza jaglana. Moi wierni towarzysze tamtego okresu.

Wydawać by się mogło, że już sam poranek trwał z pół dnia, ale nie zapominajcie, że ortorektyk to mistrz planowania i wszystko ma pod kontrolą. O tym, co zjem we wtorek, wiedziałam już w niedzielę, z dokładnością co do godziny. W tym miejscu chciałabym przeprosić prowadzących zajęcia, których mierzyłam lodowatym spojrzeniem, gdy śmieli wypuścić nas 7 minut później niż w planie.

Poszczególne dni różniły się jedynie tym, że z każdym kolejnym z listy rzeczy, które mogę jeść, znikały następne produkty. Ograniczeniu uległy też sposoby obróbki żywności. Dozwolone było tylko gotowanie na parze i smażenie (choć tego słowa wtedy nie uznawałam w ogóle) na wodzie. Co się jeszcze zmieniało? Z całej masy miejsc na mieście, w których mogłam zjeść śniadanie czy lunch, zostało…NIC. Żodne mi nie odpowiadało, żodne! Wszędzie węszyłam spisek, czyli dosładzanie lemoniady (no dobra, nawet śladowe ilości cukru mi przeszkadzały) i wrzucanie kostki rosołowej do zupy krem. Jeszcze ten zapach oleju, który wyczuwałam, będąc jeszcze na zewnątrz.

Nie brzmi to jak bajka, a raczej jak bezsmakowy koszmar. Co dziwne, ta bezsmakowość wcale nie jest najgorsza. Co jest najgorsze? Powolne wycofywanie się z życia towarzyskiego i izolowanie się. Bo jak iść ze znajomymi na miasto i patrzeć, jak wlewają w siebie puste kalorie i nie mają wyrzutów sumienia, z każdym następnym kęsem pizzy.  Choć w sumie, nawet pomimo chęci wyjścia, nie ma na to siły i czasu.

Nigdy w życiu nie byłam tak słaba, jak wtedy. Wieczne zmęczenie, podkrążone oczy, bóle głowy, huśtawka nastrojów (całkiem rozbujana huśtawka) i brak krwawienia podczas miesiączki. Ej, a przecież miałam dzięki temu reżimowi dietetycznemu być super zdrowa?! Da fuck?

Back on the right track

Posiadanie obsesji na punkcie zdrowego odżywiania, jedzenie co 4 godziny, unikanie spotkań towarzyskich i karanie się za samą myśl o czymś niezdrowym jest cholernie trudne. Ale wiecie, co jest jeszcze trudniejsze? Powrót do normalności, czyli wciąż zdrowego, ale tym razem urozmaiconego i dopuszczającego coś spoza półki eko, bio, organic jedzenia.

Gdyby nie moi znajomi, do których bardzo chciałam wrócić, a przede wszystkim, gdyby nie Pilates, który uzmysłowił mi, że moja superdieta nie pozwala mi ustać 10 sekund na jednej nodze, bo chwieję się na wszystkie strony, pewnie nadal moimi najlepszymi przyjaciółmi byłyby jarmuż i tabele kaloryczne. </3

Coś, co wydawało się idealnym rozwiązaniem wszelkich problemów, co miało przywrócić mi kontrolę nad życiem, zapewnić bezpieczeństwo i pokazać innym, że oto buduję swoją autonomię i proszę mi tu nie rozlewać Coca Coli i  nie kruszyć pizzą, zaprowadziło mnie na skraj przepaści. Nie posiadam się z radości, że zrobiłam z tego miejsca krok w tył, w normalność.

Wróćmy raz jeszcze do motta z początku.  Do chińskiego powiedzenia „nieważne, kto był ojcem choroby, zła dieta na pewno była jej matką” dodajmy arystotelesowską teorię złotego środa. Easy as that, a jaka ulga!

PS Osobom szczególnie zainteresowanym tematem ortoreksji polecam stronę Stevena Bratmana. Sam był pierwszym zdiagnozowanym przypadkiem i to on wprowadził termin „ortoreksja”.

Link: http://www.orthorexia.com/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s