„To ta więź jest tym, co przede wszystkim leczy.” Dr n. med. Katarzyna Cyranka o psychoterapii [WYWIAD]

cater-yang-245640-unsplash

Czy psychoterapia to archeologia, czyli grzebanie w przeszłości? A może płatna przyjaźń i niekończąca się przygoda? Czym charakteryzuje się więź z terapeutą i jak to się dzieje, że to ona leczy? Dr n. med. Katarzyna Cyranka rozwiewa wątpliwości, obala mity i pomaga zrozumieć, czym są zjawiska przeniesienia i przeciwprzeniesienia.

 

 

Do nowości podchodzimy zazwyczaj ostrożnie, może nawet niechętnie. Często to, co nowe, po jakimś czasie staje się czymś normalnym, powszechnym. Czy mniej więcej tak można streścić dotychczasowy żywot psychoterapii w Polsce?

Myślę, że podejście do nowego ma zawsze dwie strony. Z jednej strony jest niepewność, czasem niechęć, czasem lęk, z drugiej – fascynacja, ekscytacja, chęć dotknięcia czegoś, co nosi w sobie jakąś tajemnicę, coś niepoznanego. Wydaje mi się, że taki etap psychoterapia ma już za sobą, tej niechęci, niepewności, niejasności, o co w ogóle w tym chodzi, ale i jakiejś fascynacji, ekscytacji, które pojawiały się, gdy była mowa o psychoterapii. Natomiast, kiedy mówię, że psychoterapia ma ten etap za sobą, to jednak z pewnym marginesem, z pewną rezerwą, bo dotyczy to raczej dużych ośrodków, skupisk ludzi, którzy są lepiej wyedukowani, gdzie jest lepszy dostęp do psychoterapii. Gdy jednak wybierzemy się gdzieś głębiej, do mniejszych miejscowości,  w stronę północy czy północnego-wschodu, tam o niej wciąż wie się niewystarczająco .

Paradoksalnie, wraz ze wzrostem popularności psychoterapii, mitów wokół niej krążących, nie ubywa. Może czas wziąć kilka z nich pod lupę…

Czy bardzo się pomylę, jak podsumuję psychoterapię jako grzebanie w przeszłości i obwinianie rodziców o…niemalże wszystko?

Rzeczywiście, taki mit funkcjonuje i słusznie nazywa to Pani mitem. Natomiast, patrząc realnie, powiedziałabym, że jest w drugą stronę. Jeśli zgłasza się ktoś, kto obwinia rodziców o wszystko, to rozumiemy to jako objaw. Celem psychoterapii jest doprowadzenie do wglądu, czyli do zrozumienia swoich konfliktów wewnętrznych, przyczyn, dla których te konflikty się pojawiły. Dzieciństwo ma, rzecz jasna, duży wpływ na to, jak się rozwijamy. Te relacje z pierwszymi opiekunami, najczęściej z rodzicami, czasem z innymi  osobami, które tworzyły z nami pierwszą więź, wpływają na to, jak później funkcjonujemy w bliskich, intymnych relacjach, ale i szerzej, w różnych rolach społecznych. Trudno więc pominąć ten aspekt w psychoterapii i zająć się tylko tym, co tu i teraz. Służy to jednak zrozumieniu siebie, uporządkowaniu wiedzy o sobie, poradzeniu sobie z różnymi zalegającymi emocjami, np. także złością wobec rodziców. Na pewno nie jest to jakaś forma osądzania, czy zatrzymywania się na przeszłości, po to, aby rozliczać różne osoby, czy uznać, że to one były winne, nie zaś pacjent. To w ogóle nie te kategorie. Często pacjenci, którzy rozpoczynają terapię, tego się właśnie boją, że naruszą jakąś lojalność rodzinną, bo będą musieli coś złego powiedzieć na temat rodziców. Zdarzają się też tacy, którzy bardzo chcą, żeby okazało się, że wszystko jest winą rodziców. Jedno i drugie podejście jest przejawem, że człowiek sobie nie radzi z relacją z rodzicami, ze swoją przeszłością i że potrzebuje terapii.

Od terapeuty otrzymujemy wsparcie emocjonalne, wsparcie właściwe bliskim relacjom i wsparcie, za które płacimy. Powstaje zatem coś na kształt płatnej przyjaźni…

Na pewno relacja terapeutyczna jest jedną z ważniejszych relacji w życiu, czasem jedną z najważniejszych, choć nie chcemy, by była najważniejsza, bo wtedy zaczyna to samo w sobie stanowić problem. Po pierwsze, odniosłabym się do tego wsparcia emocjonalnego. Jeżeli terapia staje się wsparciem głównie, to ona nie jest lecząca, ona wtedy może stać się namiastką czegoś, czego brakuje w życiu. Pacjent będzie przychodził po to, żeby poczuć się zaopiekowanym, wysłuchanym, zrozumianym i jeśli dostanie to w gabinecie psychoterapeutycznym, to nie będzie chciał tego szukać gdzieś na zewnątrz. Dobrze prowadzona psychoterapia ma służyć leczeniu, ma trwać tylko tyle, ile trzeba, czyli nie za krótko i nie za długo. Terapeuta, wykształcony odpowiednio i mający doświadczenie, potrafi z pacjentem taki moment, kiedy cele terapii zostały zrealizowane, wyczuć. Terapia nie ma być formą zastępczą wobec innych bliskich relacji, wręcz przeciwnie, ma służyć nauczeniu czy polepszeniu funkcjonowania w innych relacjach w życiu. Chcemy w taki sposób  usprawnić osobę będącą w leczeniu, żeby mogła realizować różne swoje potrzeby, budując różne relacje, wchodząc w różne role życiowe, podejmując różne wyzwania.

Takie spojrzenie na psychoterapię sprawia, że rozumiemy, że jest ona metodą leczenia i płacimy za nią dlatego, że ten człowiek, który jest psychoterapeutą, angażuje swój czas, swoje umiejętności i kompetencje, do tego, żeby leczyć. Kiedy idziemy do okulisty czy chirurga, do prywatnego gabinetu,  za ich umiejętności i rzetelną metodę leczenia – płacimy. Podobnie robimy to w gabinecie terapeutycznym. Jest to forma kontraktu, w ramach którego, coś otrzymujemy. To, że przy okazji, jest to spotkanie dwóch osób, w ramach którego tworzy się specyficzna relacja i ta relacja jest częścią leczenia, to wyznacza różne nasze sposoby bycia w świecie. Różnym ludziom za różne rzeczy płacimy, bo wykonują swoją pracę, a jednocześnie możemy te osoby lubić, przeżywać jakąś bliskość, uczyć się tej bliskości. Nie dzieje się to dlatego, że im za to płacimy, tylko dlatego, że spotykamy tego drugiego człowieka i wytwarza się coś w ramach tego spotkania. Można mieć na przykład bardzo miłą panią, która sprzedaje w warzywniaku i płacimy jej za rzodkiewkę, którą kupujemy, ale jednocześnie lubimy ją jako człowieka, wytwarza się niepowtarzalna, specyficzna relacja. I wcale nie dlatego ją lubimy, że rzodkiewka nam smakowała, tylko dlatego, że jest coś oprócz tego.

W psychoterapii psychodynamicznej czynnikiem najbardziej leczącym jest więź z terapeutą. Zaraz, zaraz. Mówimy o więzi z osobą, o której nic nie wiemy. Czy i jak to działa?

Tak,  to ta więź jest tym, co przede wszystkim leczy, ale w tym słowie mieści się bardzo wiele. Gdyby uznać, że tylko to, że jesteśmy w relacji leczy, no to równie dobrze mogłyby leczyć relacje przyjacielskie, bliskie, koleżeńskie. A jednak, tak się nie dzieje. Jest coś specyficznego w tym rodzaju relacji, między innymi owa neutralność terapeuty, która uruchamia bardzo skomplikowane i bardzo ważne procesy w kontakcie z pacjentem. Jednym z takich zjawisk jest zjawisko przeniesienia.

Wchodząc do gabinetu terapeuty, już w pierwszych sekundach, zaczynamy terapeutę jakoś odbierać, przywołujemy emocje, skojarzenia, wspomnienia z przeszłością związane. Wyobrażamy sobie, jaki ten terapeuta jest. W tym momencie zaczyna uruchamiać się przeniesienie, czyli przenosimy emocje związane z wcześniejszymi doświadczeniami na terapeutę, którego widzimy po raz pierwszy. Im mniej o nim wiemy, tym bardziej próbujemy jakoś go sobie oswoić, wyobrazić, kim on jest, czyli tym silniej uruchamia się przeniesienie. Spodziewamy się, w sposób nieświadomy, że terapeuta zareaguje tak, jak gdzieś kiedyś reagowały na nas różne ważne osoby. Jeśli doświadczaliśmy poczucia, że jesteśmy odrzucani, że musimy zasługiwać na uwagę, to podobnie możemy reagować na terapeutę. Jeżeli doświadczaliśmy jakiejś formy poniżania, ośmieszania, to możemy spodziewać się, że i terapeuta będzie na nas tak reagować. Jeżeli mieliśmy opiekunów nadopiekuńczych, czy w różnych sytuacjach wzbudzaliśmy w innych taką potrzebę bycia zaopiekowanym, to też będziemy terapeutę próbować uwieść ku temu, by nas zaopiekował.

Cała sztuka polega na tym, żeby zobaczyć, co się w tym przeniesieniu wytwarza i w ten sposób rozpocząć pokazywanie pacjentowi, co on robi w różnych relacjach w swoim życiu, co te zachowania  wywołują w innych, jakie są tego konsekwencje. Tutaj wchodzą interwencje terapeutyczne. Terapeuta musi wyłapać, co wynika z przeniesienia, jak ten pacjent się zachowuje, z jakim światem przeżyć wkracza i na bazie tej, bardzo silnej i specyficznej energii, zacząć wykorzystywać klaryfikacje, interpretacje, konfrontacje, które uświadomią pacjentowi, co on robi, co się z nim dzieje, ale jednocześnie tego pacjenta nie spłoszą, nie skrzywdzą, nie zranią, nie będą poniżające. Dobór słów oraz to, jak i w którym momencie się mówi, są bardzo ważne. I to jest bardzo zaawansowana wiedza, której się przyszły psychoterapeuta uczy przez wiele lat: w procesie superwizji, w terapii własnej, będąc na różnych stażach, praktykach, na szkoleniach, gdzie jest bardzo dużo możliwości ćwiczenia, odgrywania różnych scenek, w ramach których zdobywa się tę umiejętność. To dopiero tworzy tę specyficzną więź, w której terapeuta, nie tylko wysłuchuje, ale rozumie, wyprzedza wgląd pacjenta, spodziewa się, jak pacjent może zareagować, odpowiada na to, co dzieje się w procesie. Wyłapuje momenty, w których pojawia się opór, w których pacjent zaczyna się wycofywać, przez co jest w stanie też utrzymać tę relację terapeutyczną w taki sposób, by była lecząca. Terapeuta pamięta też, że zawsze głównym celem relacji jest nie to, żeby nas pacjent lubił, bo jeśli z takim nastawieniem do tego wyjdziemy, to będziemy zaspakajać własne neurotyczne potrzeby (Nikt mnie nie kocha, może mnie pacjent pokocha?). W dobrze prowadzonej terapii ujawniają się różne emocje wobec terapeuty. Siła tej relacji sprawia, że będzie i dewaluacja terapeuty, i idealizacja terapeuty. To też terapeuta musi wiedzieć, mając z tyłu głowy to, z czego to wynika. Musi  tak poprowadzić pacjenta, żeby on zdrowiał. To jest cel. Po to się z tym człowiekiem spotykamy.

Jest jeszcze jednak zjawisko przeciwprzeniesienia. Czy to źle, że się pojawia?

Trudno oceniać to w kategoriach „źle” czy „dobrze”, choć oczywiście byłoby idealnie, gdyby z przeciwprzeniesienia terapeuta nigdy nie zareagował. Rzecz w tym, że terapeuta ma też swoją nieświadomość. Przeciwprzeniesienie to  zareagowanie przez terapeutę na przeniesienie pacjenta w taki sposób, który wynika z niewyłapania tego, co w przeniesieniu wnosi pacjent. Mówiąc prościej: pacjent na przykład wchodzi z takim oczekiwaniem, że terapeuta będzie się nim opiekował. Zacznie się dopytywać terapeuty, co on powinien zrobić, w jaki sposób powinien zareagować, opowiada jakąś swoją sytuację życiową i bardzo na terapeucie próbuje wymusić, żeby dostał to, czego oczekuje. Jeżeli terapeuta zareaguje prawidłowo, czyli wyłapie, co w przeniesieniu się uruchamia, to nazwie to pacjentowi (Wydaje się, że pani bardzo oczekuje, że ja przejmę kontrolę nad pani życiem i jako terapeuta powiem, co pani ma robić. Być może ma to wyglądać tak jak w dzieciństwie, gdzie właściwie o wszystkim decydowała babcia.). To jest reakcja wglądowa. Natomiast, jeżeli terapeuta wybije się z rytmu wglądowego i gdzieś się zagubi w tej energii przeniesieniowej, to powie: Ale mi przykro, że taka sytuacja panią spotkała. Uważam, że  powinna pani, jak najszybciej, zrobić to i to, ale jeżeli coś nie do końca wyjdzie, proszę jeszcze jutro do mnie zadzwonić, po południu jestem dostępny. I to już jest reakcja z przeciwprzeniesienia. Odpowiedź na neurotyczną potrzebę pacjenta, a nie doprowadzenie tego pacjenta do wglądu, za którym to może podążyć zmiana.

Im bardziej terapeuta jest świadomy siebie, im bardziej jest doświadczony, im bardziej rzetelnie podszedł do terapii własnej, tym częściej uda mu się uniknąć reakcji z przeciwprzeniesienia. W praktyce terapeutycznej jednak każdemu terapeucie się reakcja z przeciwprzeniesienia, wcześniej czy później, zdarza. Im rzadziej, tym lepiej. Byłoby idealnie, gdyby nie zdarzała się wcale, natomiast nie jesteśmy w stanie, jako terapeuci, sami tak się przeterapeutyzować, żeby nie mieć w ogóle nieświadomości. Zresztą to dobrze, że taki stan braku nieświadomości jest niemożliwy do osiągnięcia, bo  nieświadomość jest bardzo potrzebna, ważna i pełni swoją rolę. Trudno się więc dziwić, że czasami też przejmuje kontrolę, chwilowo, nad tym, co się dzieje w procesie terapeutycznym. Grunt, żeby na to odpowiednio zareagować. Terapeuta, który jest już samodzielnym, certyfikowanym terapeutą, powinien umieć wyłapać to, że zareagował z przeciwprzeniesienia i wyjść z tej sytuacji. Terapeuta, który jest w procesie szkolenia, a już prowadzi terapię, ma swojego superwizora, z którym omawia, co się dzieje. Rolą superwizora, będącego takim swoistym, czuwającym nad wszystkim trzecim okiem, jest wgląd w przeciwprzeniesioniowe uwikłanie w relacji terapeuta-pacjent i pomoc w korzystnym rozwikłaniu takiego zapętlenia.  Nawet ci bardzo doświadczeni terapeuci, którzy już nie muszą mieć superwizora, a są świadomi tych procesów, często chcą mieć superwizora, by takie sytuacje móc omawiać. Siła nieświadomości na tym między innymi polega, że nie widzi się tego, co dla osoby stojącej z boku jest zauważalne. Zewnętrzny obserwator jest bardzo pomocny, stąd tak ważna rola superwizji. Im lepsza relacja superwizyjna na samym początku, tym lepiej przyszły terapeuta uczy się rozpoznawać, kiedy reaguje z przeciwprzeniesienia.

Często się też zdarza, że próbuje się majstrować i „bawić” w bycie terapeutą. Niestety ustawa o ochronie zdrowia psychicznego i zapisy o zawodzie psychoterapeuty nie do końca wszystko regulują i pozwalają otwierać różnego rodzaju gabinety psychoterapeutyczne osobom, które na przykład skończyły tylko studia psychologiczne, lub nawet zupełnie nie mają formalnego przygotowania medycznego czy psychologicznego. Ci ludzie zaczynają zawodowo pełnić rolę terapeutów, nie będąc nimi, jeśli chodzi o wykształcenie. Pacjenci często nie są w stanie tego rozróżnić, nie wiedzą, że należy sprawdzić na przykład na stronie Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego czy Psychologicznego, czy dany terapeuta jest po szkoleniu czy nie. W tak prowadzonej terapii, choć tu użycie tego słowa jest nadużyciem, często brak wglądu w to, co się dzieje. Te wszystkie siły, o których mówiliśmy, się uruchamiają i przeniesienie, i przeciwprzeniesienie, i jeszcze jakieś własne wątki owego „terapeuty”, który ich nie przepracował, bo skoro nie był na szkoleniu, to zapewne nie miał terapii własnej, szkoleniowej też, której celem jest przygotowanie do pracy terapeuty. To jest niebezpieczne nie tylko dla pacjenta, ale i dla owego terapeuty, bo może sam się uszkodzić, wchodząc w świat przeżyć drugiego człowieka, a nie wiedząc, co z tym światem robić.

Pacjent jest w zdrowej zależności od terapeuty. Czy pod tym psychoterapeutycznym hasłem nie kryje się przypadkiem niezdrowe uzależnienie?

Zdecydowanie trzeba porozszerzać znaczenie tych wszystkich pojęć. Po pierwsze, każda forma bliskiej relacji jest jakąś formą zależności, częściowo zaczynamy zależeć od obecności tego człowieka, od jego reakcji. Tylko to nie jest taka zależność, której doświadczamy w dzieciństwie, gdzie faktycznie nasze życie zależy od opiekunów. Niemowlę nie przeżyje, jeśli nie będzie właściwie zaopiekowane. Jeśli brak właściwiej opieki, to dziecko przeżywa lęk egzystencjalny, skrajny. W życiu dorosłym ta zależność wygląda inaczej. Potrzebujemy bliskich relacji, innych ludzi, ale przeżyjemy, jeśli dana relacja z jakiegoś powodu się skończy. Chyba, że mamy trudność z radzeniem sobie w relacjach, to wtedy możemy przeżywać utratę bliskich relacji w życiu dorosłym tak, jakbyśmy przeżywali utratę opiekuna, od którego zależy wszystko. Możemy być w stanie ciężkiej traumy czy stresu, po utracie jakiejś bliskiej osoby w życiu dorosłym, z odtworzeniem takich pierwotnych emocji, gdzie jest poczucie, że świat się zakończy, że zagraża to naszemu istnieniu, jeżeli ta bliska osoba, z jakiegoś powodu odejdzie. W relacji terapeutycznej, jako że jest ona specyficzna i bardzo silnie odtwarza emocje z dzieciństwa, występuje zależność, która czasem w przeżyciu pacjenta odtwarza takie właśnie doświadczenie z dzieciństwa, że nagle staje się on od tego terapeuty zupełnie zależnym. Terapeuta wiedząc, że tak pacjent może to przeżywać, pracuje nad tym. Rozumienie, co się dzieje w relacji między terapeutą a pacjentem, sprawia, że nie ma zagrożenia, że ten pacjent uzależni się w sensie niebezpiecznym czy zagrażającym, że się zregresuje i zacznie rzeczywiście tego terapeutę przeżywać na stałe jako kogoś, bez kogo nie jest w stanie żyć. Mogą mu się takie emocje włączać, ale wtedy terapeuta to pokazuje: Wydaje się, że to doświadczenie z dzieciństwa, gdzie utracił pan w wypadku jakąś ważną osobę, tu zaczyna nam się uruchamiać. Kiedy mamy przerwy między sesjami, to pan tak reaguje, jakbym miał już w ogóle nie wrócić. Tego lęku, którego pan wtedy doświadczył, jest bardzo dużo. Tak rozumiana zależność, w której pacjent potrzebuje tego terapeuty do leczenia, otwiera się, staje się ten terapeuta ważną osobą, ale jednocześnie pacjent  jest świadomy coraz bardziej tego, czym ta relacja jest, nie zagraża uzależnieniem. Zresztą, celem terapii, oprócz wyleczenia pacjenta, jest uczynienie go zdolnym do budowania bliskich relacji, ale nie relacji opartych o symbiozę czy zależność przesadną, niebezpieczną. Tego się też pacjent ma nauczyć w relacji z terapeutą, że można się zbliżyć, otworzyć, że można w jakimś obszarze potrzebować drugiego człowieka, ale nie w taki sposób, żeby się z tym człowiekiem zlać i nie móc funkcjonować bez niego. Kończąc proces terapeutyczny, robimy to w takim momencie, w którym pacjent czuje się na tyle silny, mogący polegać na sobie, a jednocześnie zdolny do czerpania z różnych relacji, że nie traci terapeuty na zasadzie traumy. Pacjent potrafi się dobrze rozstać, pożegnać, przeżyć jakąś formę straty, ale w sposób konstruktywny, czyli taki, gdzie też jest wdzięczność za to, co się wspólnie wypracowało, możliwość czerpania z tego, co się wypracowało, w przyszłości. Powiedziałabym, że właśnie relacja terapeutyczna pozwala doświadczyć i nauczyć się, zrozumieć i przeżyć samemu dobrze rozumianą zależność od  drugiej osoby. Taką zależność, która jest podstawą do tworzenia bezpiecznych, satysfakcjonujących więzi.

Byłem u psychoterapeuty raz i pomogło. Nie powiedział nikt nigdy. Dlaczego jedno spotkanie nie wystarczy? 

Na pewno psychoterapia nigdy nie może być zawarta w jednym spotkaniu, w dwóch czy nawet w pięciu. Zdarza się jednak, że pacjenci doświadczają ulgi objawowej po pojedynczym spotkaniu, bo uruchamiają się czynniki specyficzne: nadzieja związana z możliwością wyleczenia, poczucie wreszcie bycia zauważonym, doświadczenie tego, że ktoś nas wysłuchał, możliwość oczyszczenia się z różnych, trudnych emocji, które zalegały przez wiele lat. Zdarza się, że pacjenci mówią: Byłem na jednym spotkaniu i doznałem ulgi., ale to nie dlatego, że nastąpiło wyleczenie, tylko dlatego, że odblokowały się różne mechanizmy. Jeśli zaś mamy odpowiedzieć sobie na pytanie, czemu nie jedno spotkanie, czemu dłużej, to potrzeba nieco głębszej refleksji. Pomyślmy o tym, jak tworzą się objawy związane z zaburzeniami nerwicowymi, zachowania czy osobowości. Są to całe lata. Krócej, jeśli chodzi o zaburzenia nerwicowe, zaś w przypadku zaburzeń osobowości – od dzieciństwa kształcą się dysfunkcjonalne wzorce zachowania. W oparciu o nie tworzą się schematy poznawcze, tak zaczynamy przeżywać, tak widzimy świat. Żeby to zmienić, trzeba po pierwsze doświadczyć tego, że może być inaczej i że to, co się dzieje w naszym życiu, nie do końca działa. Zobaczenie i przyjrzenie się temu, co jest do zmiany, jakie to jest, jakie wywołuje konsekwencje, z czym to jest związane, to proces, który trochę jednak trwa. Potem następuje etap przepracowania, kiedy pacjent próbuje wprowadzić pewne zmiany, patrzy, jakie to wywołuje reakcje w otoczeniu, jak on sam się z tym czuje, co mu daje takie przeżywanie w stosunku do tego, jak przeżywał wcześniej. Potem jest jeszcze faza utrwalenia tych zmian. Jeśli więc zaburzenie tworzy się lat 30, 40 czy nawet 50, to trudno, by osobowość mogła się przebudować po jednym spotkaniu – to wymaga czasu. To, że udaje się to zrobić w rok czy dwa, jest niezwykłe, biorąc pod uwagę ilość czasu kształtowania się tego wszystkiego.

Czy to prawda, że psychoterapia zmienia mózg?

Krótko odpowiadając: tak. Teraz pytanie, co to znaczy. Termin zaburzenie podpowiada nam, że coś jest zaburzone, tylko pytanie co? Zaburzone jest przeżywanie, zaburzone jest funkcjonowanie, zaburzony jest obraz siebie, często poczucie własnej wartości, ale też zaburzona jest często regulacja związana z neuroprzekaźnikami, czyli kwestie serotoniny, dopaminy, tych neuroprzekaźników, które regulują nie tylko nastrój, afekt, ale też pośrednio odpowiadają za zdolności poznawcze, za możliwość utrzymywania stabilnych stanów emocjonalnych. Prowadzone są różne badania w tym zakresie: badania związane z poziomem kortyzolu, adrenaliny, z tym, jak funkcjonuje tarczyca, cały układ hormonalny. Wiemy, że są to układy powiązane ze sobą, nie w taki jasny, namacalny, oczywisty sposób, ale jednak. W miarę, jak stabilizuje się sposób przeżywania, regulacja emocji, tak też stabilizują się owe neuroprzekaźniki, które decydują o pracy naszego mózgu. Pozostaje pytanie, co jest pierwsze: jajko czy kura? Czy najpierw stabilizuje nam się neuroprzewodnictwo i w ślad za tym następuje zmiana zachowania, czy ta zmiana zachowania wpływa na to, jak pracuje chociażby przysadka czy cały układ regulujący. To jest wciąż pytanie dla badaczy, ale zdaje się, że są to po prostu procesy sprzężone ze sobą: odpowiedź idzie na różnych poziomach i na biologicznym, i na poziomie zachowania.

Przy okazji często w terapii aktywowane są obszary mózgu, które były wcześniej „nieużywane”. Wiemy o tym, że używamy tylko jakiś procent mózgu. Jest to raczej wiedza dość powszechna, że nie wykorzystujemy go w 100%. Co więcej, kiedy pacjent jest w terapii, zaczyna się też rozwijać.  Takim ciekawym „efektem ubocznym terapii” jest rozwój i to na różnych polach. Rozwój związany z duchowością, szeroko rozumianą, nie chodzi o rozwój w ramach konkretnej wiary, ale pacjent zaczyna sobie uświadamiać, że jest też istotą duchową, społeczną. Odkrywa potencjał, związany często z jakimś talentem. Ma to swoje odzwierciedlenie także w tym, jakie obszary w mózgu zaczynają być aktywowane – te, które być może wcześniej nie do końca były. Zmiana w mózgu, dodatkowo, dotyczy też kwestii empatii. Wyczuwamy różne stany emocjonalne u drugiej osoby, podczas kontaktu z nią. Jesteśmy w stanie odczytywać emocje przeżywane przez drugiego człowieka. U pacjentów z zaburzeniami psychicznymi, zwłaszcza nerwicowymi i osobowości, zdarza się  tendencja do egocentryzmu, czasem związanego ze skupieniem się na swoim cierpieniu, na swoim świecie przeżyć, co utrudnia odczytywanie tego, co dzieje  się u innych osób. W relacji terapeutycznej pacjent zaczyna głębiej doświadczać tego, że druga osoba może współodczuwać,  nabiera zdolności do lepszego rozeznawania tego, bo terapeuta to pokazuje, odzwierciedla, trochę jak taka, no właśnie, dobra matka, która uczy dziecko, jak rozumieć i czytać emocje. Pacjent, u którego takiego doświadczenia uczącej matki brakowało, doświadcza tego w relacji z terapeutą, ale też sam zaczyna odkrywać i na przykład obserwować terapeutę. Skoro terapeuta mnie obserwuje, to ja jego też będę. Terapeuta też coś czuje i też jest człowiekiem, co pacjenci odkrywają czasem bardzo szybko, a czasem dopiero po kilku latach terapii.

Kiedy już decydujemy się skorzystać z pomocy terapeuty, to chcielibyśmy wybrać tego dobrego. Rodzi się pytanie: dobry terapeuta, czyli jaki?

Odpowiedziałabym na dwóch poziomach na to pytanie. Po pierwsze: po co się mamy zgłosić do tego terapeuty?  Zanim się zastanowimy, do kogo się zgłosić, warto na takie pytanie sobie odpowiedzieć. Do terapeuty zgłaszamy się zawsze wtedy, kiedy występują jakieś zaburzenia psychiczne. Pacjent często nie wie jakie, bo nie potrafi sobie tego zdiagnozować, rozeznać, ale zauważa u siebie rożne nietypowe symptomy-  lękowe, różne objawy somatyczne, które po diagnostyce nie wskazują na podłoże fizjologiczne, trudności w bliskich relacjach, poczucie przewlekłego smutku, niemożność realizowania ważnych celów i planów życiowych, powtarzanie nieudanych relacji, wzorców, w ramach których czujemy, że coś idzie nie tak,  myśli samobójcze, trudności ze snem, trudności z jedzeniem, trudności w obszarze seksualnym, związane z bólem czy niemożnością zaspakajania potrzeb seksualnych, ale też różnego rodzaju objawy wytwórcze. Nie z wszystkim pójdziemy do terapeuty. Są takie zaburzenia, problemy, które wymagają leczenia farmakologicznego przede wszystkim i tutaj wkracza lekarz-psychiatra. W przypadku takich rozpoznań jak choroba afektywna jednobiegunowa, dwubiegunowa, schizofrenia, psychozy rożnego pochodzenia, można ewentualnie rozpocząć terapię wspierającą. Sama psychoterapia będzie stosowana w przypadku zaburzeń nerwicowych, zachowania, odżywiania, snu  czy szeroko rozumianych zaburzeń osobowości.

Pacjent często nie wie, do kogo ma pójść, zastanawia się, czy najpierw ma pójść do psychiatry, psychologa czy psychoterapeuty. Powiedziałabym, że to nie ma większego znaczenia, pod warunkiem, że trafi się do rzetelnej osoby, która wykona diagnostykę. Od tego się zawsze zaczyna. Trzeba zdiagnozować, z czym tak naprawdę się pacjent zgłasza. Jedna rzecz, to subiektywne poczucie pacjenta, że coś się z nim dzieje i potrzebuje pomocy, druga zaś to kwestia kwalifikacji i diagnozy, przyjęcia lub nieprzyjęcia do psychoterapii czy też odesłanie tego pacjenta w inne miejsce, w zależności od potrzeby. Jeśli będzie pacjent w czynnym uzależnieniu od alkoholu, to nie przyjmiemy go na psychoterapię psychodynamiczną, tylko do ośrodka leczenia uzależnień, na leczenie odwykowe i do tego dodatkowo na terapię, która też często w takich ośrodkach jest. Po stronie lekarza lub psychoterapeuty leży to, żeby rozeznać, co się dzieje i zadecydować, czy to psychoterapia, czy inna forma leczenia będą pomocne. Żeby umieć wstępną ocenę stanu pacjenta zrobić, żeby wiedzieć, gdzie go pokierować, trzeba skończyć szkolenie i to najlepiej szkolenie w ośrodku akredytowanym, odbyć superwizję, czyli spełnić wszystkie te wymogi, które są potrzebne do bycia psychoterapeutą. Można sprawdzić, czy psychoterapeuta jest przygotowany do wykonywania zawodu i czy ukończył szkolenie w jednym z akredytowanych ośrodków, a zatem na przykład czy widnieje na wspomnianych już listach Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego czy Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Przeważnie osoby, które profesjonalnie w zawodzie funkcjonują, dbają o to, żeby te informacje były dostępne. Można się oczywiście zapytać psychoterapeuty, jakie kończył szkolenie, czy jest/był w superwizji, czy ma certyfikat, czy jest w trakcie jego zdobywania.

Druga rzecz to już jest kwestia indywidualnego doświadczenia i tego, co czasem kliknie lub nie kliknie w relacji z terapeutą. Zdarza się, że z jakiegoś powodu, dwie osoby nie są w stanie ze sobą współpracować. Bywa bardzo rzadko, ale jednak, że coś nie zagrało. W tym czymś, co nie zagrało, przeważnie są jakieś nieświadome mechanizmy, które nie zostały wyłapane, coś się wymknęło, coś nie do końca zostało nazwane, uruchomiło się bardzo silne przeniesienie czy przeciwprzeniesienie. Czasem też jakieś inne okoliczności zewnętrzne sprawiają, że dany terapeuta, który jest dobrze przygotowany do wykonywania zawodu, nie może z pacjentem pracować. Przykładowo znajomość jakiejś osoby, która jest bliska zarówno pacjentowi, jak i terapeucie, byłaby przeszkodą. Czasami zdarza się tak, że ze względów politycznych, religijnych, strony nie decydują się na współpracę. Jeśli się czuje wyraźny opór czy wyraźne przeciwwskazanie, to na etapie kontraktu, badania motywacji pacjenta, badania swoich możliwości przyjęcia pacjenta, można na przykład zdecydować o przekierowaniu do innego terapeuty. Stąd terapię zaczynamy od spotkań kontraktowych, które zazwyczaj powinny być na pewno w liczbie większej niż jedna sesja, żeby się zdołać w miarę możliwości poznać, zebrać dobrze historię życiową pacjenta, zobaczyć, co nam się tworzy w tej relacji terapeutycznej. Dopiero potem decydujemy się na współpracę i określamy warunki tej współpracy, zawieramy tzw. kontrakt terapeutyczny. Kiedy już zdecydujemy się na pracę z pacjentem, to podejmujemy się tego zadania. Ale trzeba to najpierw dobrze rozważyć, żeby uczciwie się na to zdecydować.

 

Spotkanie dwóch osobowości przypomina kontakt dwóch substancji chemicznych: jeżeli nastąpi jakakolwiek reakcja, obie ulegają zmianie.

Carl Gustav Jung

 

dr n. med. Katarzyna Cyranka – ukończyła studia magisterskie z psychologii, filologii angielskiej i nauk o rodzinie. Była dwukrotną stypendystką Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego za wybitne osiągnięcia naukowe. Ukończyła studia doktoranckie na Wydziale Lekarskim Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, całościowe zintegrowane czteroletnie szkolenie w zakresie psychoterapii oraz czteroletni kurs psychoanalizy jungowskiej. Aktualnie finalizuje specjalizację z psychologii klinicznej. W latach 2010-2017 pracowała w Katedrze Psychoterapii UJ CM oraz w Zakładzie Psychoterapii Szpitala Uniwersyteckiego. Aktualnie jest pracownikiem Kliniki Psychiatrii Dorosłych w Katedrze Psychiatrii UJ CM, wykłada w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa  Tischnera. Prowadzi zajęcia z dialogu psychoterapeutycznego na studiach podyplomowych w Medycznym Centrum Kształcenia Podyplomowego UJ. Jest redaktorem działu tłumaczeń w czasopiśmie „Psychiatria Polska” oraz sekretarzem redakcji „Archives of Psychiatry and Psychotherapy”. Prowadzi także prywatną praktykę psychoterapeutyczną. Jest autorką kilkudziesięciu publikacji w czasopismach polskich i zagranicznych, w tym z Impact Factor. Czynnie uczestniczyła w ok. 50 konferencjach krajowych i międzynarodowych. Obszar zainteresowań klinicznych to m. in. zmiany w funkcjonowaniu osobowości w wyniku psychoterapii, powiązania miedzy objawami psychicznymi i somatycznymi, znaczenie więzi w relacji terapeutycznej.
Reklamy

Perfekcjonizm zabija powoli

„Jest wystarczająco dobrze. Jestem z siebie zadowolony”. Nie powiedział żaden perfekcjonista nigdy. Co zatem taka osoba mówi? Jaką ma wizję siebie i otaczającej rzeczywistości? Dziś z wizytą w świecie ekstremalnie wysokich standardów,  silnego krytycyzmu i braku tolerancji dla błędów i niedoskonałości.

jeff-sheldon-271733-unsplash

Niewinne złego początki

To jest jakieś jedno wielkie oszukaństwo dorosłego świata. Przecież odwieczny przekaz był prosty: mierz wysoko, nie, nie,  jeszcze wyżej, dąż do ideału, bądź najlepszą wersją samego siebie, a wszystko będzie dobrze. Brzmiało to spoko, dość ambitnie, ale do zrobienia. Nie pozostawało nic innego, jak powiedzieć „challenge accepted” i działać! I tak mijały (i wciąż mijają) lata pełne wyzwań, celów i pracy nad sobą. Nie wygląda to jeszcze groźnie. Co się jednak dzieje wtedy, kiedy zatracamy się w gąszczu wysokich standardów i nie dopuszczamy do błędów, bo niby jak można by się było na nich czegokolwiek nauczyć?

Na zewnątrz luz, śmieszkowaty styl życia, totalna swoboda. Wewnątrz? Starannie skonstruowany system do zadań specjalnych, choć nie ma tu zadań ważniejszych i mniej ważnych, specjalnych i mniej specjalnych. Wszystko jest tak samo istotne i wszystko należy wykonać na doskonałym, czyli jedynym słusznym, poziomie. Sztywność, precyzja i skuteczność. Święta Trójca. Trudna do obalenia, panująca od lat. Napięcie i frustracja idą w pakiecie. Powoli tworzy się całkiem niebezpieczna mieszanka…

Wyznaczane standardy są wręcz nierealistyczne, a dbałość o sprawy w pracy czy w domu obsesyjna. Czy da się doskoczyć do wysoko postawionej poprzeczki (ona jest tak wysoko, że pisanie o jej przeskoczeniu mija się z celem, choć tak bardzo by się chciało…), nie popełnić przy tym błędu i bezboleśnie wylądować? Spróbować można i perfekcjonista będzie właśnie takie działania podejmował. Byłoby znacznie łatwiej, jakby podczas tego doskakiwania nie trzeba było podejmować decyzji, bo co i jak tu wybrać, kiedy uznaje się istnienie albo „jedynej słusznej” albo „kompletnie błędnej” decyzji? Że też trzeba jeszcze wszelkie czynności wykonywać z taką precyzją! I niby jak to ma nie prowadzić do frustracji, no jak? Zresztą, ostatecznie,  i tak to trzeba będzie poprawić, bo zawsze, ale to zawsze, wszystko można zrobić lepiej. Czy to usilne dążenie do ideału, nie jest przypadkiem zasadniczą przeszkodą, na drodze do jego osiągnięcia?

A co wtedy, kiedy uda się zrealizować zamierzony, wysoko postawiony, cel? Satysfakcja? Duma? Radość? Podziękowania dla rodziców za wsparcie i solidne wychowanie? Taaa, jasne! Przecież to, co miało być zrobione, po prostu zostało zrobione. Co w tym nadzwyczajnego? Kolejny punkt do skreślenia z listy. Też mi coś. Zabawa zaczyna się na nowo, a może po prostu nadal trwa. Dążenie do doskonałości jest oporne na nasycenie.

Na wszystko jest sposób

Jak oswoić lęk przed nieprzewidywalnością życia, będący istotnym czynnikiem żywiącym perfekcjonizm? Jak członków Świętej Trójcy zastąpić wolnością, swobodą i spontanicznością? Hmm, niech pomyślę. Całkiem dobrze działa zadanie sobie pytań: „czy świat zniknie, kiedy stracę nad nim kontrolę?” albo „czy świat runie, kiedy dowie się o moim błędzie, a jeśli tak, to czy przeżyję?”. Poza tym, gdzieś na pewno istnieje obszar, gdzie beztrosko i bezpiecznie można popełniać błędy i sprawdzić, jakie tego będą skutki. Jasne, nie będzie to dom, związek,  praca raczej też nie, ale jest tyle szkół tańca, jogi czy śpiewu i tyle klubów sportowych, gdzie, z racji bycia nowicjuszem, można spokojnie popełnić błąd, a nawet kilka błędów, przeżyć ten fakt i…dobrze się przy tym bawić. Czy doznałam jakichś wielkich szkód fizyczno-psychicznych po pierwszych zajęciach power jogi? Ani jednej! Ten luz, w trakcie i już po, wart był każdych zakwasów. Dobrze się czasem pośmiać z samego siebie. Mówienie, że trzeba zwolnić, wyluzować i odpuścić, przyniesie taki sam skutek, jak pocieszanie smutnej osoby słowami: „rozchmurz się”, więc sobie daruję, ale za to powiem na koniec coś po mindfulnessowemu: „bądź tu, gdzie jesteś”. Z cyklu: „jak strywializować mindfulness level pro”. Uważniej o praktyce uważności następnym razem.

Soulmate, czyli kto?

Disney zasiał ziarno. Resztę dorzuciły książki i komedie romantyczne. W głowie powstała definicja „bratniej duszy”, z dnia na dzień zapełniała się lista oczekiwań, a w sercu wzrastały pragnienia i tęsknoty. Jak to wszystko wypadło w konfrontacji z rzeczywistością?

freestocks-org-108731-unsplash

 

Oczekiwania

Pierwszy strzał. To będzie on! Na bank to będzie facet. The one and only. Dostanę bratnią duszę i idealnie pasującego partnera życiowego w pakiecie. Hell yeah! Wkroczy do mojego życia, przewróci je do góry nogami, ale po to, żeby wszystko znalazło się wreszcie na swoim miejscu. Połączenie, jak żadne inne. Na każdym poziomie. Jedno serce, jeden umysł, jedna dusza, choć dwa ciała. Akceptacja level master. Wreszcie będzie można odetchnąć z ulgą, że jest się good enough. Szaleńcza i wykańczająca walka, by wreszcie dogonić najlepszą wersję siebie, będzie zakończona. Uff! Teraz tylko wielogodzinne rozmowy, kolacje na balkonie, patrzenie w gwiazdy, nowozelandzkie wina, kiedyś gromadka dzieci i dom na przedmieściach. No bajka!

Drugi strzał. To jednak było naiwne – wierzyć w combo „the one” i „soulmate”. To zdecydowanie będzie ona! Tym razem mam rację! Sister from another mister. Best friends forever. Bo przecież every blonde needs a brownie. Wsparcie, wzajemne motywowanie się i inspirowanie. Miłość bezgraniczna i bezwarunkowa. Zaufanie, szczerość, śmiech, płacz i walka na poduszki. Prosecco będzie lało się litrami, gluten nie będzie szkodził, lody będą mieć ujemne kalorie i będziemy śpiewać „All by myself” na dwa głosy. Co oprócz tego? Dopełnianie się. Odmienny gust do facetów, żeby uniknąć konfliktu interesów, ale taki sam gust, jeśli chodzi o całą resztę.

Teraz czas, żeby odnieść te dziecięce i młodzieńcze oczekiwania, które, rzecz jasna, ulegały drobnym modyfikacjom, do tego, co zaserwowało mi życie.

Rzeczywistość

Pierwsze spotkanie. Obstawiałam fajerwerki, coś a’la zderzenie dwóch komet, może jakieś drobne trzęsienie ziemi. Przecież to tak podniosłe wydarzenie! Co dostałam? Spokój! Patrzysz na tę osobę, ona patrzy na Ciebie i to wystarczy. Już wszystko wiecie. Wszelkie słowa są zbędne. Statek dobił do przystani, do tej jedynej, w której będzie się czuł bezpiecznie i u siebie. Ej, trochę to dziwne, ale mam wrażenie, że w tej przystani już byłam. Wait, what? Niby jak? (Jakąś „przewróconą” teorię na to mam, ale to następnym razem.)

Jaki początek taka całość? No nie do końca. Bratnia dusza, choć przychodzi w pokoju, to ma całkiem trudne zadanie do wykonania: ma zrewolucjonizować Twój świat, zaznaczyć wyraźnie erę sprzed swojego pojawienia się i nową erę w Twoim życiu. Brzmi jak wolontariat, ale druga dusza odwzajemnia się tym samym.

Do dziś nie mogę tego ogarnąć. W jednej osobie znajdujesz najlepszego przyjaciela, najwierniejszego fana, inspirację i motywację. Ten ktoś zna Cię lepiej niż wszyscy inni razem wzięci i podniesieni do piątej potęgi, może nawet lepiej niż znasz samego siebie i…wciąż chce być częścią Twojego życia i wzrastać wspólnie. No właśnie. Dopiero teraz zaczyna się zabawa! Akceptacja? Owszem! Ale dostrzeganie wzajemnie potencjału, który gdzieś tam drzemie i popychanie do rozwoju, to nieodłączne elementy tej więzi.

Pomimo zsynchronizowanych myśli i słów, całkiem podobnej wibracji duchowej,  wzajemnego dopełniania się, czytania z drugiej osoby jak z otwartej księgi, umiejętności robienia…niczego (ale za to wspólnie), nie jest to znajomość wolna od konfliktów. Może nawet ich liczba jest odzwierciedleniem tego, jak głębokie, prawdziwe i szczere jest to uczucie? Co najważniejsze, właśnie takie, trudne sytuacje, wpływają na obie strony najbardziej rozwojowo.

Coś, co warte jest wszystkich konfliktów, burz, łez i trzaśnięć drzwiami (nawet obrotowymi), to to uczucie, kiedy sama obecność Twojej bratniej duszy Cię otula, a jej dotyk, w zależności od potrzeby, elektryzuje lub uspokaja. Wszystkie fasady, które tak dzielnie dotychczas budowałaś, żeby też czasem nikt niepożądany się do Ciebie nie dostał, rozbraja jedno spojrzenie. Czujesz, że masz swojego prywatnego Anioła Stróża przy sobie, ale tym razem nie w wersji demo (troska i opieka), tylko premium (troska, współodczuwanie bólu, opieka i solidne potrząśnięcie, gdy sytuacja tego wymaga).

Jak to jest czuć, że jesteś good enough, że jesteś całością, choć przewróconą, to jednak kompletną, że ktoś zna Twoje słabości i tej wiedzy nie wykorzystuje na Twoją niekorzyść, że od teraz Wy dwoje przeciwko całemu światu, a raczej w jego służbie? To ulga. I wierzcie mi, ta 51 procentowa dla studentów, nawet się do niej nie umywa.

Wprawdzie trud i wysiłek, jakie trzeba podjąć, by dotrzeć do własnej istoty, by poznać siebie, zaakceptować się (tak, tak, wiem, to niekończąca się opowieść, same here!) i tym samym…zrobić miejsce dla pojawienia się bratniej duszy, jest ogromny. Wprawdzie, jak już się pojawi, to rozpocznie się era nie easy peasy lemon squeezy, a raczej difficult difficult lemon difficult (skoro i tak się nie rymuje, to może można zamienić lemon na prosecco?). To wszystko gdzieś znika i blednie w konfrontacji z tym, co do zaoferowania ma ta magiczna, jedyna w swoim rodzaju więź.

Z pamiętnika ex-ortorektyka

Jedno z chińskich przysłów głosi, że „nieważne, kto był ojcem choroby, zła dieta na pewno była jej matką”. Pamiętam, jak dwa lata temu przyjęłam to hasło za motto życiowe i jak odetchnęłam z ulgą, że w końcu wiem, jak żyć. Zdrowo, z kontrolą i długowiecznie! Czy aby na pewno?

aaron-burden-123584-unsplash

Ortoreksja, czyli życie „w szponach zdrowej żywności”

Myślę, że jakiegokolwiek dnia bym tu z tego okresu nie przywołała, to każdy z nich odda sens całości. Dlaczego? Bo każdy z nich był taki sam. Pobudka wczesnym rankiem i szklanka przegotowanej wody z cytryną (starannie wybraną i opłukaną wrzątkiem kilka razy). Zaraz po niej coś, co dziś już nie przeszłoby mi przez gardło: siemię lniane, które przez noc zamieniło się pod wpływem wody w kisiel. Ble, ble, bleee! Kilka minut później w przygotowaniu była już jajecznica z super ekologicznych, organicznych i bio jajek. Zawsze dziękowałam Wszechświatowi, że pozwolił mi urodzić się na wsi i mieć dostęp do takiej żywności, którą dzielnie transportowałam co tydzień do Krakowa. W międzyczasie powstawały posiłki na cały dzień spędzony na uczelni. Dozwolone były wszelkie produkty nieskażone antybiotykami, rtęcią, pestycydami, olejem palmowym, cukrem, mąką pszenną itd. Brzmi, jakbym jadła jedynie sałatę lodową, ale nie, bo wiedziałam, że nie ma praktycznie żadnych wartości odżywczych. Jarmuż, szpinak, seler naciowy, do tego jabłka i kasza jaglana. Moi wierni towarzysze tamtego okresu.

Wydawać by się mogło, że już sam poranek trwał z pół dnia, ale nie zapominajcie, że ortorektyk to mistrz planowania i wszystko ma pod kontrolą. O tym, co zjem we wtorek, wiedziałam już w niedzielę, z dokładnością co do godziny. W tym miejscu chciałabym przeprosić prowadzących zajęcia, których mierzyłam lodowatym spojrzeniem, gdy śmieli wypuścić nas 7 minut później niż w planie.

Poszczególne dni różniły się jedynie tym, że z każdym kolejnym z listy rzeczy, które mogę jeść, znikały następne produkty. Ograniczeniu uległy też sposoby obróbki żywności. Dozwolone było tylko gotowanie na parze i smażenie (choć tego słowa wtedy nie uznawałam w ogóle) na wodzie. Co się jeszcze zmieniało? Z całej masy miejsc na mieście, w których mogłam zjeść śniadanie czy lunch, zostało…NIC. Żodne mi nie odpowiadało, żodne! Wszędzie węszyłam spisek, czyli dosładzanie lemoniady (no dobra, nawet śladowe ilości cukru mi przeszkadzały) i wrzucanie kostki rosołowej do zupy krem. Jeszcze ten zapach oleju, który wyczuwałam, będąc jeszcze na zewnątrz.

Nie brzmi to jak bajka, a raczej jak bezsmakowy koszmar. Co dziwne, ta bezsmakowość wcale nie jest najgorsza. Co jest najgorsze? Powolne wycofywanie się z życia towarzyskiego i izolowanie się. Bo jak iść ze znajomymi na miasto i patrzeć, jak wlewają w siebie puste kalorie i nie mają wyrzutów sumienia, z każdym następnym kęsem pizzy.  Choć w sumie, nawet pomimo chęci wyjścia, nie ma na to siły i czasu.

Nigdy w życiu nie byłam tak słaba, jak wtedy. Wieczne zmęczenie, podkrążone oczy, bóle głowy, huśtawka nastrojów (całkiem rozbujana huśtawka) i brak krwawienia podczas miesiączki. Ej, a przecież miałam dzięki temu reżimowi dietetycznemu być super zdrowa?! Da fuck?

Back on the right track

Posiadanie obsesji na punkcie zdrowego odżywiania, jedzenie co 4 godziny, unikanie spotkań towarzyskich i karanie się za samą myśl o czymś niezdrowym jest cholernie trudne. Ale wiecie, co jest jeszcze trudniejsze? Powrót do normalności, czyli wciąż zdrowego, ale tym razem urozmaiconego i dopuszczającego coś spoza półki eko, bio, organic jedzenia.

Gdyby nie moi znajomi, do których bardzo chciałam wrócić, a przede wszystkim, gdyby nie Pilates, który uzmysłowił mi, że moja superdieta nie pozwala mi ustać 10 sekund na jednej nodze, bo chwieję się na wszystkie strony, pewnie nadal moimi najlepszymi przyjaciółmi byłyby jarmuż i tabele kaloryczne. </3

Coś, co wydawało się idealnym rozwiązaniem wszelkich problemów, co miało przywrócić mi kontrolę nad życiem, zapewnić bezpieczeństwo i pokazać innym, że oto buduję swoją autonomię i proszę mi tu nie rozlewać Coca Coli i  nie kruszyć pizzą, zaprowadziło mnie na skraj przepaści. Nie posiadam się z radości, że zrobiłam z tego miejsca krok w tył, w normalność.

Wróćmy raz jeszcze do motta z początku.  Do chińskiego powiedzenia „nieważne, kto był ojcem choroby, zła dieta na pewno była jej matką” dodajmy arystotelesowską teorię złotego środa. Easy as that, a jaka ulga!

PS Osobom szczególnie zainteresowanym tematem ortoreksji polecam stronę Stevena Bratmana. Sam był pierwszym zdiagnozowanym przypadkiem i to on wprowadził termin „ortoreksja”.

Link: http://www.orthorexia.com/